
Wokół pszczół znowu zrobiło się głośno. Politycy przerzucają się hasłami, media podgrzewają temat, a odbiorcy dostają prosty przekaz: dzieje się coś wielkiego, trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron. Tylko że pszczoły nie potrzebują stron. Potrzebują spokoju.
Dzisiejsza „afera pszczela” jest w dużej mierze sztucznie napompowana. Nie rozwiązuje żadnego realnego problemu, a jedynie tworzy konflikt tam, gdzie potrzebna jest wiedza i odpowiedzialność. W efekcie więcej w niej emocji niż sensu — i więcej szkody niż pożytku.
Pszczola to nie narzędzie do polityki
Mówimy o organizmie takim jak Apis mellifera istocie, która funkcjonowała w środowisku naturalnym na długo przed tym, zanim człowiek zaczął ją „organizować” w pasiekach.
W tym także o takich formach jak Apis mellifera mellifera, związanych historycznie z naszym regionem i środowiskiem leśnym. Pszczoła nie jest ani narzędziem w sporze politycznym, ani symbolem do budowania narracji. Jest częścią ekosystemu.
I jeśli coś jej dziś szkodzi, to nie brak debat w telewizji, tylko sposób, w jaki człowiek coraz częściej próbuje ją podporządkować własnym celom.
Zamiast troski — produkcja
Trzeba powiedzieć jasno: problem nie leży w istnieniu pszczelarstwa.
Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się odpowiedzialność, a zaczyna wyłącznie rachunek ekonomiczny. Pszczoła zbiera miód dla siebie. To her paliwo, jej zabezpieczenie, jej przetrwanie. Jeśli odbiera się go bez umiaru, a potem zastępuje cukrem, to nie jest „pomoc”.
To jest ingerencja, która zaburza naturalne funkcjonowanie rodziny pszczelej.
Dobra gospodarka wymaga wiedzy:
kiedy można odebrać miód ile można odebrać i ile trzeba bezwzględnie zostawić. Bez tego pszczoła zaczyna płacić cenę za ludzką krótkowzroczność.
Jest inna droga — i ona już istnieje
Nie trzeba tego wszystkiego wymyślać od nowa.
Projekt „Anioły Beskidów”, zapoczątkowany przez dziennikarza Mirosława Brzezowskiego, pokazuje w praktyce, że można inaczej. Nie przez zwiększanie produkcji. Nie przez śrubowanie wydajności. Nie przez traktowanie pszczoły jak maszyny.Tylko przez powrót do bartnictwa — do obecności pszczół w lesie, w barciach, w warunkach bliższych naturalnym.
Tam nie chodzi o to, ile się „weźmie”. Chodzi o to, czy pszczoła przetrwa bez ciągłej ingerencji.To podejście oparte na doświadczeniu i wiedzy sięgającej daleko w historię pokazuje coś bardzo niewygodnego dla współczesnego myślenia, że pszczoła nie potrzebuje być stale poprawiana przez człowieka, tylko mniej przeszkadzać.
Pszczoły poradzą sobie lepiej niż politycy
Zanim człowiek zaczął ingerować, pszczoły radziły sobie same. Funkcjonowały w lasach, w naturalnych warunkach, w równowadze z otoczeniem. Im więcej chaosu wprowadzamy, tym więcej problemów potem próbujemy „naprawiać”.Właśnie dlatego polityczna afera wokół pszczół jest tak niebezpieczna. Bo odciąga uwagę od sedna: od jakości środowiska, od praktyki pszczelarskiej, od realnej troski o te organizmy.
Czas zejść z temperatury
Politycy powinni zająć się tym, do czego zostali powołani,a pszczoły zostawić tym, którzy naprawdę je rozumieją, nie tym, którzy widzą w nich tylko wykres produkcji miodu, nie tym, którzy robią z nich temat dnia, tylko tym, którzy wiedzą, że bez umiaru i szacunku żadna gospodarka nawet ta najbardziej „nowoczesna” nie będzie działać długo.
Pszczoły nie potrzebują kolejnych debat. Potrzebują, żeby ktoś wreszcie przestał je wykorzystywać do cudzych interesów i zaczął traktować zgodnie z ich naturą. Może właśnie z lasu, z takich inicjatyw jak „Anioły Beskidów”, przyjdzie przypomnienie, jak to zrobić.
